Ostatnie notki
Zakładki:
Der Vertrag von 17.6.1991 zwischen der BRD und RP
EU-Fotos
FREUNDE - PRZYJACIELE
IN POLEN - W POLSCE
KOSIEWSKI
Księga - Gästebuch
KULTUR
LITERATUR
Narodowi socjaliści - komuniści - inne
NASZE - UNSERE
POLONIA i Polacy za granicami RP
SOWA
SOWA RADIO
SOWA VIDEO
UNIA & POLSKA
YES - POLAND
Add me to your address book
kosiewski.
Add me to your address book
|
poniedziałek, 11 stycznia 2010
córce Buzka dolary dupą wychodzą na dobrym filmie "Rewers" w recenzji żyda Jastruna
Reżyser Borys Lankosz (ur. 31 marca 1973 w
Krakowie) Kilka dni temu moja młodsza generacja, której studencka przerwa
świąteczna przedłużyła się aż do Trzech Króli, zabrała mnie w Zakopanem do kina.
Akurat grali w lokalnym, zbudowanym jeszcze przed wojną kinie „Sokół” nagrodzony
„Złotymi Lwami” na zeszłorocznym Festiwalu w Gdyni film „Rewers”, więc się
zgodziłem młodszej generacji towarzyszyć. Spodziewałem się bowiem, tak jak to
było zazwyczaj za czasów PRL, że będzie to coś ciekawego. Niestety zawiedliśmy
się oboje i to pomimo naszej, sięgającej blisko pół wieku, różnicy pokoleniowej.
Ja już gdzieś w połowie tego wynagradzanego aż dziesięciokrotnie w Gdyni filmu
chciałem z nudów wyjść z kina. Zachwalany przez media „Rewers” okazał się bowiem
być czymś w rodzaju namolnego, propagandowego stalinowskiego „produkcyjniaka”, oczywiście ustawionego „w
odwrotną stronę”, czyli rodzajem „ubęcwalacza”, charakterystycznego dla ducha
nowo-kapitalistycznej Polski. Skąd ten neologizm „ubęcwalacz”? Otóż jak
pamiętam, w latach 1950 w krakowskim tygodniku „Przekrój” co tydzień na
ostatniej stronie pojawiała się proto-komiksowa postać „hrabiego Augusta
Bęc-Walskiego”, który wygłaszał reakcyjne, pro-kapitalistyczne i anty-ludowe
sentencje. Zaś w „Rewersie” takie właśnie anty-ludowe sentencje wygłasza starsza
wiekiem przedstawicielka klasy przed II Wojną posiadającej, której rolę w filmie
odegrała znana krakowska aktorka Anna Polony.
Jak na opowieść o życiu w Polsce anno domini 1952 przystało,
zamiast wizerunków Papieża, częstokroć dekorujących ważne dzisiaj placówki
kultury duchowej, w tym i witryny internetowe (patrz np. portal
wirtualnapolonia.com), na filmie gabinet redaktora naczelnego czasopisma
„Poezja” przyozdabia (rzeczywiście wtedy obowiązkowy) portret prezydenta
Bieruta, zaś w sekretariacie redakcji umieszczony został (nie obowiązkowy wtedy)
portret Karola Marksa. No i przez pierwszą – bez przesady – połowę filmu, jego
młoda, z „dobrej rodziny” bohaterka, którą gra Agata Buzek, się męczy nad
sposobem ukrycia, przed Władzą Ludową, złotej – chyba 20? – dolarówki, z
symbolicznym napisem „Liberty” czyli „Wolność”. Tę złotą monetę, symbolizującą
rozwydrzenie amerykańskiego kapitalizmu, ówczesna obrzydliwie totalitarna władza
rodzinie o dobrych ziemiańskich korzeniach chciała oczywiście zarekwirować. I tu
zachodzi historyczna nieścisłość. Otóż z tych odległych dzisiaj czasów jako
dziecko zapamiętałem, że moja dalsza litewska, ziemiańska rodzina – a pochodził
z niej przecież najlepszy as wywiadu „średniego” PRL, kapitan Andrzej
Czechowicz, który pod koniec lat 1960 „rozpracował” redakcję Wolnej Europy w
Monachium – rzeczywiście kamuflowała otrzymywane z USA papierowe dolary w
wypełnionych mąką puszkach po darach z UNRA. Natomiast nasze rodzinne
post-burżuazyjne precjoza, w tym i te ze złota, nie interesowały władz, istniały
wtedy przecież sklepy „Jubilera”, w których można było legalnie takie przedmioty
kupić względnie sprzedać. Aby ukryć tę ponoć trefną za Stalina, złotą (20?)-dolarówkę, młoda
redaktorka miesięcznika „Poezja” zastosowała znaną od tysiącleci metodę
polegającą na połykaniu i ukrywaniu w przewodzie pokarmowym cennych, małych
przedmiotów. (Według źródeł historycznych ta metoda była tak popularna wśród
Żydów uciekających z Jerozolimy po jej zdobyciu przez Rzym w 135 roku, że
rzymscy żołnierze „na żywo” rozcinali uciekinierom trzewia, by wydobyć ukryte w
ich wnętrzu kosztowności.) Ta dobrze
znana i współczesnym przemytnikom metoda nadaje się do względnie krótkotrwałego
ukrycia nie rozpuszczalnych przez kwasy żołądkowe przedmiotów, natomiast staje
się ona kompletnie absurdalna gdy trefny obiekt trzeba ukrywać przez długie
okresy czasu. Na pozór rewelacyjny zatem pomysł autora scenariusza, by w ten
antyczny sposób kamuflować, przez całe miesiące, posiadanie złotych monet,
pasuje zatem jak ulał do tekstów satyrycznej rubryki „Przygody rodziny Augusta
Bęc-Walskiego” w krakowskim „Przekroju” lat 1950-tych. Ponieważ po kilku dniach
złoty symbol „amerykańskiej wolności” był przez bohaterkę filmu z konieczności
wydalany wraz ze stolcem, więc po jego odszukaniu w odchodach (czego na
szczęście w kinie nie pokazywano), trzeba go było dokładnie opłukać i połknąć po
raz wtóry. I na fotogenicznych zdjęciach dokonywanej cyklicznie w łazience przed
lustrem, czynności oczyszczania i połykania złotej „hostii”, zbiegała w zasadzie
pierwsza połowa filmu „Rewers”, mająca przedstawiać zabawno-straszne sceny z
życia we wczesnym PRL-u.
Dopiero następnego dnia po obejrzeniu tego osiągnięcia młodej polskiej kinematografii zacząłem kojarzyć, że sceny z połykaniem złotej monety były celowo wydłużone jako „wprowadzenie ideologiczne” do głównego wątku „Rewersu”. Otóż eksponowany na ścianie redakcji „Poezji”, brodaty Karol Marks, w krótkim artykule „Zur Judefrage” z roku 1844 („W kwestii żydowskiej”, patrz I tom „Dzieł” K. Marksa i F. Engelsa) postulował, że pieniądz i złoto to „prawdziwy bóg żydowski”, który stał się „bogiem świata”. A zatem i połykana przez młodą aktorkę z nabożeństwem, przed lustrem złota „hostia” z napisem „Liberty”, to było nic innego jak powtarzanie w filmie znanych z kościoła aktów przyjmowania komunii, w tym wypadku komunii z „bogiem” kapitalizmu, o którego powrocie marzył, na łamach „Przekroju” przed 50 laty, hrabia August Bęc-Walski. Co więcej, od mego francuskiego, pochodzącego z żydów sefardyjskich kolegi Jeana Abou, którego znałem jeszcze z czasów naszych graduate studies na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, dowiedziałem się, przy okazji mego kolejnego pobytu w Paryżu w latach 1990-tych, że dla wczesnych chrześcijan pieniądz i złoto po prostu kojarzyły się z ...gównem. A zatem i nie uwidocznione na taśmie „Rewersu”, konieczne dla rzetelności scenariusza, sceny wydobywania przez bohaterkę – w realu córkę obecnego Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka – złota z jej własnych odchodów, też mogą być traktowane jako ilustracje marksistowsko-freudowskiej teorii wielbienia przez burżuazję oralno-analnych kontaktów seksualnych z tejże burżuazji „bogiem”. bierze sie za grzebanie w gównach przez córkę Buzka i miesza SB z UB w 1952 r. (Marek G.)
Takich, przeniesionych w czasy stalinowskie, zachowań się
współczesnego społeczeństwa hiper-burżuazyjnego, było pokazanych na filmie
więcej. Mianowicie tak zwane „służby” – w 1952 to było SB, dziś to CBA, ABW i im
podobne – w „Rewersie” aż dwa razy aresztowały i wyprowadzały poza plan, w
domyśle do aresztu, prominentne postacie ówczesnego reżymu: raz to był jakiś
popularny generał, którego wieczorem wyciągnięto z łóżka, drugi raz naczelny
redaktor „Poezji”, któremu ten afront uczyniono w biały dzień, w obecności
wszystkich pracowników redakcji oraz pilnujących budynku redakcji cieci.
Pierwowzorami dla tych scen było niewątpliwie wyciągnięcie 3 lata temu z łóżka –
co prawda nie o 10 wieczór ale o 6 rano – przez SB, przepraszam ABW, śląskiej
posłanki Barbary Blidy; w biały zaś dzień, w obecności pracowników Sejmu (oraz
zapewne specjalnie na tą okazję ściągniętych dziennikarzy TV), miało nastąpić
spektakularne aresztowanie przez CBA wicepremiera Leppera 2,5 roku temu. W życiu
jednak nie wszystko wychodzi tak gładko jak w filmie, posłanka Blida w łazience,
zamiast połknąć kompromitujące ją dokumenty, naprawdę sama sobie strzeliła w
komorę serca, której usytuowanie w piersi wcześniej musiała dokładnie poznać, by
się długo po tym zabiegu nie męczyć; wicepremier Lepper naprawdę został przez
kogoś ostrzeżony, że do jego gabinetu „służby” wniosą mu czarną walizkę z 3
milionami złotych. I jak to przez następne pól roku wałkowano w telewizji, z
przygotowanego przez SB – przepraszam, przez CBA – spektaklu „złapaliśmy w Rządzie złodzieja”
wyszły spektakularne nici. Jednak prawdziwym cymesem „Rewersu” jest męska postać przystojnego
i fizycznie sprawnego agenta SB, którego zachowanie się reżyser najwyraźniej
modelował na wizerunku medialnym tak zwanego „agenta Tomka”. To właśnie
oglądając na filmie, powtarzające się kilkukrotnie sceny przynoszenia, przez
tajemniczego amanta o imieniu „Bronisław”, dla jego wybranki kwiatów, zacząłem
się zastanawiać, że ja te sceny z kwiatami, całkiem niedawno widziałem w
polskiej telewizji. I przypomniałem sobie, że były to zrobione ukrytą kamerą
zdjęcia fachowego „podrywania” Beaty Sawickiej przez pracownika CBŚ o
kryptonimie „Tomek”. W „czarnej komedii”, jaką reklamuje się być „Rewers”,
agentowi SB o kryptonimie „Bronisław” nie udaje się jednak skorumpować
rozkochanej w nim dziewczyny, przez matkę i babkę iście po Bęc-walsku ponaglanej
by nareszcie wyszła za mąż. W wyniku tego służbowego niepowodzenia agent
„Bronek” ginie w okropnych, fachowo odegranych na filmie męczarniach, otruty
przez specjalizującą się w połykaniu i odzysku złotych monet przedstawicielkę
zdeklasowanej burżuazji. W realu natomiast z roku 2007, agent „Tomek” tak
skutecznie symuluje miłość, że udaje mu się przekonać byłą nauczycielkę,
posłankę PO – a dzięki jej współpracy i burmistrza miasteczka Hel – do wzięcia
łapówki 250 tysięcy zlotach. I zapewne za ten swój wyczyn playboya, którego
miłosne „podchody” kosztowały Państwo Polskie ponoć aż 100 tysięcy złotych,
„agent Tomek” ogłoszony został formalnie, w prawdziwym realu Polski roku 2009,
„człowiekiem roku”. Skąd się wzięła ta
sytuacja, że prawie wszystkie sceny z filmu zrealizowanego w latach 2008-2009,
na taśmie czarno-białej i dzięki temu podbudowanego prawdziwymi zdjęciami
filmowymi ulic Warszawy A.D. 1952, są odbiciami zdarzeń nagłośnionych przez
polskie mass media roku 2007? W „Rewersie” widzimy przecież obowiązkowe obecnie
dla każdego filmu sceny kopulacji (jak przystało na moralność lat 1950-tych, w
prawie pełnym ubraniu), z których migawka w gabinecie dyrektora oczywiście
przywodzi na myśl szeroko omawiane w mediach seksualne wyczyny pracownicy biura
„Samoobrony” Anety K. Tą swą „pracą u podstaw” skutecznie doprowadziła ona do
uwięzienia posła Łyżwińskiego, a premier Lepper ledwo się wtedy wybronił przed
„kiciem” przy pomocy (nie znanych w latach 1950) testów DNA. Ponieważ moja
młodsza generacja ma niezdrowe ciągoty – najwyraźniej i po ojcu i po dziadku,
profesorze UJ – w kierunku filozofii, więc zobowiązany jestem do bardziej
ogólnego spojrzenia na zjawisko „małpowania”, przez młodego reżysera „Rewersu”,
rzeczywistości w której zwykł on przebywać. Otóż papugi, gdy słyszą powtarzane
po wielokroć w ich obecności słowa, czy nawet całe frazy, to wręcz automatycznie
zaczynają imitować słyszane glosy, oczywiście nie rozumiejąc, co w istocie one
oznaczają. To zjawisko „asymilacji” otoczenia zaobserwowali już filozofowie
starożytności i od samego Arystotelesa wywodzi się stwierdzenie „nihil est in
intelectu quod prius fuerit in sensu” (nie ma nic w umyśle czego nie było
wcześniej w zmysłach), które później rozpropagowane zostało przez angielskiego
empirystę Locke’a. I właśnie z tej prostej, czysto fizjologicznej przyczyny,
mający lat zaledwie 16 w momencie upadku „komuny” Borys Lankosz nafaszerował swą
„czarną komedię”, usytuowaną w latach 1950, znanymi mu dobrze z telewizji
wydarzeniami dekady lat 2000. Poważny problem tkwi jednak w tym, że na dobrą sprawę nikt z
dopuszczanych do głosu w mediach, przedstawicieli starszego pokolenia twórców
kultury, tego ewidentnego „przekrętu” historycznego nie odważył się młodemu
reżyserowi wytknąć. Na odwrót, korupcję poznawczą młodego Borysa Lankosza (jego
ojciec, sadząc po nazwisku, był jednym z mych młodszych szkolnych kolegów)
uhonorowano w Gdyni „Złotym Lwem” i nawet zaproponowano, by tym osiągnięciem
współczesnej polskiej sztuki filmowej koniecznie podzielić się z resztą Europy.
Otóż, wracając do filozofii, już ponad dwa wieki temu, bardzo religijny
filozof-gnostyk Emanuel Swedenborg (1688-1772) zauważył (rozwijając przytoczoną
powyżej myśl Arystotelesa), że „to widzisz, kim jesteś”. A zatem
wystarczy przeczytać króciutkie krytyki
„Rewersu” zamieszczone w pierwszym, tegorocznym numerze tygodnika „Przegląd” by sobie wyrobić opinię o stanie
umysłów dzisiejszych polskich autorytetów kulturalnych. Na przykład Tomasz
Jastrun (poeta, publicysta, ur. w 1950) stwierdził: „’Rewers’ jest fala idąca
przez młode pokolenie. To po prostu dobre kino, a właśnie ono jest najlepszym
ambasadorem kraju”; także zdaniem Hanny Bakuły (malarki i publicystki, ur.
też w 1950) „’Rewers’ to perła z mega-utalentowanymi bohaterkami. Śmiałam się
ogromnie, ale niestety byli ze mną Amerykanin i Francuzka mówiący po polsku i
nie bardzo się zachwycili”. Natomiast Barbara Hoff (urodzona w Katowicach co
najmniej kilka lat wcześniej niż ja w Zakopanem, w 1942 roku) stwierdziła:
„’Rewers’ to całkowite nieporozumienie. Źle zagrane, zły scenariusz i
chwilami nudne. Nie wiem dlaczego takie halo.” Z kolei doświadczony
publicysta i krytyk kulturalny „Polityki”, Zdzisław Pietrasik (ur. 1947)
skwitował „Rewers” politycznie poprawnym milczeniem, zauważając tylko, iż
„Młodzi atakują z impetem (czego dowodem ostatni festiwal w Gdyni), lecz
mistrz (Andrzej Wajda ze swym „Tatarakiem”) ciągle w formie. Nagroda w Berlinie
i FIPRESCI za… poszukiwanie nowych dróg dla sztuki
filmowej!” Na premierze „Rewersu” w Krakowie był obecny jeden z mych kolegów,
który opowiadał mi, że po projekcji filmu na widowni zapanowała cisza, nikt nie
klaskał, ktoś zapytał nawet, obecną na premierze Annę Polony, co ją skłoniło do
wzięcia udziału w realizacji tego dzieła. Mająca lat trochę ponad 70 aktorka nic
na to pytanie nie odpowiedziała, pytanie bowiem było retoryczne, czyli samo
narzucające odpowiedź. Mej młodszej, mającej niezadługo wejść w życie zawodowe generacji, zobowiązany jestem w
tym miejscu przypomnieć, że już sto lat temu, a więc w Polsce jeszcze
kapitalistycznej, czyli
przed-komunistycznej i przed-solidarnościowej, znany był
dwuwiersz: „Dla pieniędzy ksiądz się
modli, Dla pieniędzy lud się
podli” Jak to sprawdziłem w Wikipedii, nazwisko „Polony” jest niewątpliwie
arystokratyczne i w dodatku blisko związane z nazwiskami Zamoyskich. A zatem w
realu lat 2000, w którym monetaryzm z napisem „Wolność” stał się nie
kwestionowanym „Panem Świata”, nie tylko kler oraz lud, ale także (była)
arystokracja zrozumiała, że by (za)istnieć „w świecie”, temu Panu Świata trzeba
służyć, gdyż właśnie na takiej „służbie” polega sens życia w tak zwanej
Globalnej Cywilizacji… Marek Głogoczowski, fizyk, literat i filozof, w
latach 1968-69 współorganizator przerzutów do Polski, przez Tatry, książek
paryskiej „Kultury”; przez całą dekadę lat 1970 na emigracji publikował, w tejże
giedroyciowej „Kulturze”, swe „antyamerykańskie”
artykuły. Uwaga! W rozesłanym przeze mnie przedwczoraj tekście „Rewers Rewersu” należy oczywiście podmienić SB na UB. Mój błąd wyniknął nie tylko z tego, że wciąż słyszymy w mediach o esbekach, ale i z mej dość dobrej pamięci wzrokowej. Mianowicie latem 1963 byłem na praktyce studenckiej w Remontowej Stoczni Gdyńskiej i mając czas, włóczyłem się późnym popołudniem po Nadbrzeżu Kościuszkowskim. Wtedy podszedł do mnie tajniak, odchylił klapę marynarki pokazując dość dużą oznakę z napisem SB i zapytał co ja tutaj, w strefie nadgranicznej z zacumowanymi obcymi statkami robię. Na co ja wybałuszyłem oczy pytając się go, co te literki na odznace oznaczają. Tajniak widząc, że ma do czynienia z młodzianem kompletnie „zielonym”, sam się wylegitymował i był bardzo zadowolony gdy ja z kolei pokazałem mu przepustkę na teren stoczni. Ponieważ pokazywana na „Rewersie” legitymacja UB-ka miała taki sam, wydłużony kształt małej książeczki, jak ta, którą widziałem u SB-ka, więc samo mi się napisało, że „Bronisław” był SB-kiem. Przepraszam. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||