Europoseł Gieremek (20 tys. euro miesięcznie + 10 tys. na biuro i kierowcę +
300 euro dziennie diety) chciał zaoszczędzić na służbowych podróżach do
Brukseli, dlatego zamiast kierowcy zabrał sobie prywatnie kobietę do auta i
przyrżnął czołowo na lewym pasie jezdni w Polaka. Dopiero po miesiącach żydy
uznały, że Polak nie zawinił, ale do dziś nie chcą zapłacić za czyn
zbrodniarza-samobójcy.
czy Lech Kaczynski pytal przez telefon satelitarny Tuska, co ma robic?
Nie mogę pojąć dlaczego tak ważne jest przesłuchanie
Jarosława Kaczyńskiego a już zupełnie nieważne przesłuchanie hrabiego Komorowskiego i Tuska w sprawie Smoleńska. Ten przechył na jedną stronę grozi
wywrotką Władek wlak@wp.pl | Lech
Klekot |
czy Lech Kaczyński pytał przez telefon satelitarny Tuska, co
ma robić?
Kaczyński wciąga postkomunistów do koalicji, żeby ich zdradzić
jak Leppera i Ligę Polskich Rodzin, a Napieralski jest młodszy od Giertycha i
naiwny jak czeladnik w masonerii
Radosław Sikorski uśpił swoje brytyjskie
obywatelstwo, żeby jego żona o żydowskim nazwisku Appelbaum mogła sobie
zostać Pierwszą Damą Rzeczypospolitej Obojga Narodów z paszportem USA i
dwoma synami, których wychowuje na Ortodoksyjnych Polaków i Katolików.
Sikorski traktuje przy tym prywatny folwark MSZ jak element
antydemokratyczny w swojej prywatnej wojnie z żydomasonem Komorowskim o
stołek po byłych: Kalksteinie, Stolzmanie i Kohne.
śp. ks. Zdzisław Peszkowski miał także zwyczaj używania, w
rozmowach ze mną, słowa: SIURKI - na określenie ubowców zakonspirowanych na
różnych państwowych posadach w Rzeczypospolitej Polskiej po Magdalence i tzw.
okrągłym stole.
Blog / Rozlicza żyd Polaków w
Niemczech ze składek związkowych
(...) w Brukseli 1 października 2009 roku, kiedy to na jubileuszowym zjeździe
organizacji przedstawicieli mniejszości narodowych w Europie FUEN/ FUEV
dowiedziałem się o przyjęciu do tej organizacji, finansowanej głównie ze środków
niemieckiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Związku Polaków spod znaku Rodła.
Przedstawiono mi nowego prezesa Rodła, Marka Woycickiego, o którego
dotychczasowej działalności polonijnej nic nie słyszałem, więc zapytałem go,
skąd on jest, z jakiej Gromady Związku Polaków w Niemczech? Odpowiedział, że
jest z Frankfurtu nad Menem. Wyraziłem więc swoje zrozumiałe zdziwienie i
zainteresowanie, gdyż to ja jestem od lat członkiem Gromady ZPwN Frankfurt
(wstąpiłem przed laty tylko i wyłącznie po to, by pomóc śp. pani Balińskiej w
działaniach integrujących nasze lokalne środowisko) a poza panem Bochynkiem i
kilkoma innymi osobami, które współuczestniczyły przed laty w naszych wspólnych
projektach (m.in. realizacji kilku audycji telewizyjnych dla programu "Offener
Kanal" ) nie poznałem niestety dotąd żadnych nowych członków Oddziału. A tu pod
nosem niejako wyrósł mi nowy prezes, członek Konwentu prowadzonego przez
Ambasadę i zaliczonego już przez finansowany z Berlina FUEN do przedstawicieli
mniejszości narodowych w Niemczech.
Zapytałem więc pana Woycickiego o
wewnętrzne sprawy związkowe, o trudności związane z osobą poprzedniego prezesa
Rodła; wspomniałem przy tym, że pragnąc zachować swoje zwykłe członkowstwo w
ZPwN nigdy nie miałem i nie mam ambicji pełnienia żadnej funkcji z wiadomego
powszechnie powodu: dosyć mam już innych, społecznych zajęć. Na moje pytanie o
działalność Oddziału Frankfurt Pan Woycicki odparł, że Oddział Frankfurt nie
istnieje. Jak to nie istnieje - zaoponowałem: a Pan Bochynek, a ja? Na co
mój rozmówca odrzekł, iż wkrótce powoła jakąś niezależną firmę, która zajmie się
ustalaniem listy członków Związku Polaków w Niemczech i przesłaniem jej do Sądu
Rejestracyjnego w Bochum.
Nie kryłem swojego zdziwienia: Jak to?
Zamierza pan zapłacić jakimś żydom za to, żeby oni zajęli się ustalaniem
tego, kto jest, a kto nie jest członkiem Związku Polaków w Niemczech?
Nie mogłem pojąć źródeł tych intencji i dlatego zapytałem też: a kim pan
właściwie jest? Polakiem, czy żydem? Marek Woycicki nie uważał za
stosowne odpowiedzieć Polakowi, członkowi Związku Polaków w Niemczech na
postawione mu, proste pytanie. Odszedł od stolika w hotelu Conrad, w którym
miała miejsce ta rozmowa.
Mówię o tym wydarzeniu dlatego, że znam
działalność Odziałów ZPwN w kilku innych miastach niż Frankfurt i jestem
przekonany, że członkowie Związku, Polacy w Mannheim, Hamburgu, Berlinie,
Monachium, czy Bochum mogą być zainteresowani niepokojącymi działaniami, nie
zapowiadającymi żadnej przyszłości politycznej dla pana Woycickiego ale i nie
wróżących też nic dobrego dla Związku, w którym Polak Polakowi bratem, jak mówi
zasadnicza Prawda Polaków w Niemczech (...).
W Niemczechżyd Marek Wojcicki
robi od 2009 roku za Polaka (ściślej zaś mówiąc: za Mniejszość Polską,
bo chce wyrwać od rządu w Berlinie kasę na tzw. działalność kulturalną) i jest
partnerem Ministra Spraw Zagranicznych RP Radka Sikorskiego, który robił w
Afghanistanie za Taliba, a w rzeczywistości był tajnym agentem brytyjskich służb
specjalnych, który podawał się w ramach legendy za korespondenta wojskowego i
nawet z części swoich raportów złożył w tym celu ambitną książkę przygodową.
Przygoda Marka Wojcickiego z przemianami tożsamości zaczęła się wtedy,
kiedy to młodzian uchodzący w Polsce za Polaka dowiedział się, że jest żydem i
postanowił w 1982 roku podać się za Niemca, żeby powołać się na prawo Reichu i
uzyskać obywatelstwo niemieckie w Niemczech. Potem zatrudnił się jako Partner
żydowskiej firmy Artur Andersen w Eschborn koło Frankfurtu nad Menem, która to
firma wystawiała fałszywe świadectwa dla amerykańskiej firmy żydowskiej ENRON,
która to firma spowodował kryzys na giełdzie w Nowym Jorku fałszywymi
(wirtualnymi) zestawieniami liczb w rachunkach księgowych (...). http://sowa.mypodcast.com/201002_archive.html
W odróżnieniu od wszystkich dotychczasowych prezydentów RP Radek
Sikorski nie będzie musiał ukrywać żydowskiego pochodzenia swojej żony, Anne
Appelbaum która ma nawet nazwisko podobne do: Bona, co przyniosła z Ziemi
Włoskiej do Polski nie tylko włoszczyznę ale i kulturę dworsko-żydowską.
Obiecuje zainwestować 35 mln złotych i przyjąć 10 osób do pracy
w fabryce. Nie wiadomo, ile zapłacił i skąd wziął pieniądze na kupno fabryki w
której pracuje 800 osób.
Zegarki się reguluje, albo rozwala. Do rozpieprzenia do reszty
gospodarki w Polsce Tusk zapowiada, że użyje Jana Krzysztofa Bieleckiego, a ten
zapowiada swobodę obyczajów handlowych; firmę założyć w 1 dzień, na 2 dzień
nabrać kredytów, na 3 oszukać frajerów, a 4 dnia dostać Białego Orła Biznesu od
Min. Bialeckiego, który jawi się jako jawny lobbysta cudzych geszeftów w
wy..deregulorowanej Polsce.
córce Buzka dolary dupą wychodzą na dobrym filmie "Rewers" w recenzji żyda Jastruna
Stalinowski August
Bęc-Walski straszy w czarnej komedii pt. „Rewers”
Reżyser Borys Lankosz (ur. 31 marca 1973 w
Krakowie)
Kilka dni temu moja młodsza generacja, której studencka przerwa
świąteczna przedłużyła się aż do Trzech Króli, zabrała mnie w Zakopanem do kina.
Akurat grali w lokalnym, zbudowanym jeszcze przed wojną kinie „Sokół” nagrodzony
„Złotymi Lwami” na zeszłorocznym Festiwalu w Gdyni film „Rewers”, więc się
zgodziłem młodszej generacji towarzyszyć. Spodziewałem się bowiem, tak jak to
było zazwyczaj za czasów PRL, że będzie to coś ciekawego. Niestety zawiedliśmy
się oboje i to pomimo naszej, sięgającej blisko pół wieku, różnicy pokoleniowej.
Ja już gdzieś w połowie tego wynagradzanego aż dziesięciokrotnie w Gdyni filmu
chciałem z nudów wyjść z kina. Zachwalany przez media „Rewers” okazał się bowiem
być czymś w rodzaju namolnego, propagandowego stalinowskiego „produkcyjniaka”, oczywiście ustawionego „w
odwrotną stronę”, czyli rodzajem „ubęcwalacza”, charakterystycznego dla ducha
nowo-kapitalistycznej Polski. Skąd ten neologizm „ubęcwalacz”? Otóż jak
pamiętam, w latach 1950 w krakowskim tygodniku „Przekrój” co tydzień na
ostatniej stronie pojawiała się proto-komiksowa postać „hrabiego Augusta
Bęc-Walskiego”, który wygłaszał reakcyjne, pro-kapitalistyczne i anty-ludowe
sentencje. Zaś w „Rewersie” takie właśnie anty-ludowe sentencje wygłasza starsza
wiekiem przedstawicielka klasy przed II Wojną posiadającej, której rolę w filmie
odegrała znana krakowska aktorka Anna Polony.
Jak na opowieść o życiu w Polsce anno domini 1952 przystało,
zamiast wizerunków Papieża, częstokroć dekorujących ważne dzisiaj placówki
kultury duchowej, w tym i witryny internetowe (patrz np. portal
wirtualnapolonia.com), na filmie gabinet redaktora naczelnego czasopisma
„Poezja” przyozdabia (rzeczywiście wtedy obowiązkowy) portret prezydenta
Bieruta, zaś w sekretariacie redakcji umieszczony został (nie obowiązkowy wtedy)
portret Karola Marksa. No i przez pierwszą – bez przesady – połowę filmu, jego
młoda, z „dobrej rodziny” bohaterka, którą gra Agata Buzek, się męczy nad
sposobem ukrycia, przed Władzą Ludową, złotej – chyba 20? – dolarówki, z
symbolicznym napisem „Liberty” czyli „Wolność”. Tę złotą monetę, symbolizującą
rozwydrzenie amerykańskiego kapitalizmu, ówczesna obrzydliwie totalitarna władza
rodzinie o dobrych ziemiańskich korzeniach chciała oczywiście zarekwirować. I tu
zachodzi historyczna nieścisłość. Otóż z tych odległych dzisiaj czasów jako
dziecko zapamiętałem, że moja dalsza litewska, ziemiańska rodzina – a pochodził
z niej przecież najlepszy as wywiadu „średniego” PRL, kapitan Andrzej
Czechowicz, który pod koniec lat 1960 „rozpracował” redakcję Wolnej Europy w
Monachium – rzeczywiście kamuflowała otrzymywane z USA papierowe dolary w
wypełnionych mąką puszkach po darach z UNRA. Natomiast nasze rodzinne
post-burżuazyjne precjoza, w tym i te ze złota, nie interesowały władz, istniały
wtedy przecież sklepy „Jubilera”, w których można było legalnie takie przedmioty
kupić względnie sprzedać.
Aby ukryć tę ponoć trefną za Stalina, złotą (20?)-dolarówkę, młoda
redaktorka miesięcznika „Poezja” zastosowała znaną od tysiącleci metodę
polegającą na połykaniu i ukrywaniu w przewodzie pokarmowym cennych, małych
przedmiotów. (Według źródeł historycznych ta metoda była tak popularna wśród
Żydów uciekających z Jerozolimy po jej zdobyciu przez Rzym w 135 roku, że
rzymscy żołnierze „na żywo” rozcinali uciekinierom trzewia, by wydobyć ukryte w
ich wnętrzu kosztowności.)Ta dobrze
znana i współczesnym przemytnikom metoda nadaje się do względnie krótkotrwałego
ukrycia nie rozpuszczalnych przez kwasy żołądkowe przedmiotów, natomiast staje
się ona kompletnie absurdalna gdy trefny obiekt trzeba ukrywać przez długie
okresy czasu. Na pozór rewelacyjny zatem pomysł autora scenariusza, by w ten
antyczny sposób kamuflować, przez całe miesiące, posiadanie złotych monet,
pasuje zatem jak ulał do tekstów satyrycznej rubryki „Przygody rodziny Augusta
Bęc-Walskiego” w krakowskim „Przekroju” lat 1950-tych. Ponieważ po kilku dniach
złoty symbol „amerykańskiej wolności” był przez bohaterkę filmu z konieczności
wydalany wraz ze stolcem, więc po jego odszukaniu w odchodach (czego na
szczęście w kinie nie pokazywano), trzeba go było dokładnie opłukać i połknąć po
raz wtóry. I na fotogenicznych zdjęciach dokonywanej cyklicznie w łazience przed
lustrem, czynności oczyszczania i połykania złotej „hostii”, zbiegała w zasadzie
pierwsza połowa filmu „Rewers”, mająca przedstawiać zabawno-straszne sceny z
życia we wczesnym PRL-u.
Dopiero następnego dnia po obejrzeniu tego osiągnięcia młodej
polskiej kinematografii zacząłem kojarzyć, że sceny z połykaniem złotej monety
były celowo wydłużone jako „wprowadzenie ideologiczne” do głównego wątku
„Rewersu”. Otóż eksponowany na ścianie redakcji „Poezji”, brodaty Karol Marks, w
krótkim artykule „Zur Judefrage” z roku 1844 („W kwestii żydowskiej”,
patrz I tom „Dzieł” K. Marksa i F. Engelsa) postulował, że pieniądz i złoto to
„prawdziwy bóg żydowski”, który stał się „bogiem świata”. A zatem i połykana
przez młodą aktorkę z nabożeństwem, przed lustrem złota „hostia” z napisem
„Liberty”, to było nic innego jak powtarzanie w filmie znanych z kościoła aktów
przyjmowania komunii, w tym wypadku komunii z „bogiem” kapitalizmu, o którego
powrocie marzył, na łamach „Przekroju” przed 50 laty, hrabia August Bęc-Walski.
Co więcej, od mego francuskiego, pochodzącego z żydów sefardyjskich kolegi Jeana
Abou, którego znałem jeszcze z czasów naszych graduate studies na
Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, dowiedziałem się, przy okazji mego
kolejnego pobytu w Paryżu w latach 1990-tych, że dla wczesnych chrześcijan
pieniądz i złoto po prostu kojarzyły się z ...gównem. A zatem i nie uwidocznione
na taśmie „Rewersu”, konieczne dla rzetelności scenariusza, sceny wydobywania
przez bohaterkę – w realu córkę obecnego Przewodniczącego Parlamentu
Europejskiego Jerzego Buzka – złota z jej własnych odchodów, też mogą być
traktowane jako ilustracje marksistowsko-freudowskiej teorii wielbienia przez
burżuazję oralno-analnych kontaktów seksualnych z tejże burżuazji „bogiem”.
bierze sie za grzebanie w gównach przez córkę Buzka i miesza SB z UB w 1952 r. (Marek G.)
Takich, przeniesionych w czasy stalinowskie, zachowań się
współczesnego społeczeństwa hiper-burżuazyjnego, było pokazanych na filmie
więcej. Mianowicie tak zwane „służby” – w 1952 to było SB, dziś to CBA, ABW i im
podobne – w „Rewersie” aż dwa razy aresztowały i wyprowadzały poza plan, w
domyśle do aresztu, prominentne postacie ówczesnego reżymu: raz to był jakiś
popularny generał, którego wieczorem wyciągnięto z łóżka, drugi raz naczelny
redaktor „Poezji”, któremu ten afront uczyniono w biały dzień, w obecności
wszystkich pracowników redakcji oraz pilnujących budynku redakcji cieci.
Pierwowzorami dla tych scen było niewątpliwie wyciągnięcie 3 lata temu z łóżka –
co prawda nie o 10 wieczór ale o 6 rano – przez SB, przepraszam ABW, śląskiej
posłanki Barbary Blidy; w biały zaś dzień, w obecności pracowników Sejmu (oraz
zapewne specjalnie na tą okazję ściągniętych dziennikarzy TV), miało nastąpić
spektakularne aresztowanie przez CBA wicepremiera Leppera 2,5 roku temu. W życiu
jednak nie wszystko wychodzi tak gładko jak w filmie, posłanka Blida w łazience,
zamiast połknąć kompromitujące ją dokumenty, naprawdę sama sobie strzeliła w
komorę serca, której usytuowanie w piersi wcześniej musiała dokładnie poznać, by
się długo po tym zabiegu nie męczyć; wicepremier Lepper naprawdę został przez
kogoś ostrzeżony, że do jego gabinetu „służby” wniosą mu czarną walizkę z 3
milionami złotych. I jak to przez następne pól roku wałkowano w telewizji, z
przygotowanego przez SB – przepraszam, przez CBA –spektaklu „złapaliśmy w Rządzie złodzieja”
wyszły spektakularne nici.
Jednak prawdziwym cymesem „Rewersu” jest męska postać przystojnego
i fizycznie sprawnego agenta SB, którego zachowanie się reżyser najwyraźniej
modelował na wizerunku medialnym tak zwanego „agenta Tomka”. To właśnie
oglądając na filmie, powtarzające się kilkukrotnie sceny przynoszenia, przez
tajemniczego amanta o imieniu „Bronisław”, dla jego wybranki kwiatów, zacząłem
się zastanawiać, że ja te sceny z kwiatami, całkiem niedawno widziałem w
polskiej telewizji. I przypomniałem sobie, że były to zrobione ukrytą kamerą
zdjęcia fachowego „podrywania” Beaty Sawickiej przez pracownika CBŚ o
kryptonimie „Tomek”. W „czarnej komedii”, jaką reklamuje się być „Rewers”,
agentowi SB o kryptonimie „Bronisław” nie udaje się jednak skorumpować
rozkochanej w nim dziewczyny, przez matkę i babkę iście po Bęc-walsku ponaglanej
by nareszcie wyszła za mąż. W wyniku tego służbowego niepowodzenia agent
„Bronek” ginie w okropnych, fachowo odegranych na filmie męczarniach, otruty
przez specjalizującą się w połykaniu i odzysku złotych monet przedstawicielkę
zdeklasowanej burżuazji. W realu natomiast z roku 2007, agent „Tomek” tak
skutecznie symuluje miłość, że udaje mu się przekonać byłą nauczycielkę,
posłankę PO – a dzięki jej współpracy i burmistrza miasteczka Hel – do wzięcia
łapówki 250 tysięcy zlotach. I zapewne za ten swój wyczyn playboya, którego
miłosne „podchody” kosztowały Państwo Polskie ponoć aż 100 tysięcy złotych,
„agent Tomek” ogłoszony został formalnie, w prawdziwym realu Polski roku 2009,
„człowiekiem roku”.
Skąd się wzięła ta
sytuacja, że prawie wszystkie sceny z filmu zrealizowanego w latach 2008-2009,
na taśmie czarno-białej i dzięki temu podbudowanego prawdziwymi zdjęciami
filmowymi ulic Warszawy A.D. 1952, są odbiciami zdarzeń nagłośnionych przez
polskie mass media roku 2007? W „Rewersie” widzimy przecież obowiązkowe obecnie
dla każdego filmu sceny kopulacji (jak przystało na moralność lat 1950-tych, w
prawie pełnym ubraniu), z których migawka w gabinecie dyrektora oczywiście
przywodzi na myśl szeroko omawiane w mediach seksualne wyczyny pracownicy biura
„Samoobrony” Anety K. Tą swą „pracą u podstaw” skutecznie doprowadziła ona do
uwięzienia posła Łyżwińskiego, a premier Lepper ledwo się wtedy wybronił przed
„kiciem” przy pomocy (nie znanych w latach 1950) testów DNA. Ponieważ moja
młodsza generacja ma niezdrowe ciągoty – najwyraźniej i po ojcu i po dziadku,
profesorze UJ – w kierunku filozofii, więc zobowiązany jestem do bardziej
ogólnego spojrzenia na zjawisko „małpowania”, przez młodego reżysera „Rewersu”,
rzeczywistości w której zwykł on przebywać. Otóż papugi, gdy słyszą powtarzane
po wielokroć w ich obecności słowa, czy nawet całe frazy, to wręcz automatycznie
zaczynają imitować słyszane glosy, oczywiście nie rozumiejąc, co w istocie one
oznaczają. To zjawisko „asymilacji” otoczenia zaobserwowali już filozofowie
starożytności i od samego Arystotelesa wywodzi się stwierdzenie „nihil est in
intelectu quod prius fuerit in sensu” (nie ma nic w umyśle czego nie było
wcześniej w zmysłach), które później rozpropagowane zostało przez angielskiego
empirystę Locke’a. I właśnie z tej prostej, czysto fizjologicznej przyczyny,
mający lat zaledwie 16 w momencie upadku „komuny” Borys Lankosz nafaszerował swą
„czarną komedię”, usytuowaną w latach 1950, znanymi mu dobrze z telewizji
wydarzeniami dekady lat 2000.
Poważny problem tkwi jednak w tym, że na dobrą sprawę nikt z
dopuszczanych do głosu w mediach, przedstawicieli starszego pokolenia twórców
kultury, tego ewidentnego „przekrętu” historycznego nie odważył się młodemu
reżyserowi wytknąć. Na odwrót, korupcję poznawczą młodego Borysa Lankosza (jego
ojciec, sadząc po nazwisku, był jednym z mych młodszych szkolnych kolegów)
uhonorowano w Gdyni „Złotym Lwem” i nawet zaproponowano, by tym osiągnięciem
współczesnej polskiej sztuki filmowej koniecznie podzielić się z resztą Europy.
Otóż, wracając do filozofii, już ponad dwa wieki temu, bardzo religijny
filozof-gnostyk Emanuel Swedenborg (1688-1772) zauważył (rozwijając przytoczoną
powyżej myśl Arystotelesa), że „to widzisz, kim jesteś”. A zatem
wystarczy przeczytać króciutkiekrytyki
„Rewersu” zamieszczone w pierwszym, tegorocznym numerze tygodnika„Przegląd” by sobie wyrobić opinię o stanie
umysłów dzisiejszych polskich autorytetów kulturalnych. Na przykład Tomasz
Jastrun (poeta, publicysta, ur. w 1950) stwierdził: „’Rewers’ jest fala idąca
przez młode pokolenie. To po prostu dobre kino, a właśnie ono jest najlepszym
ambasadorem kraju”; także zdaniem Hanny Bakuły (malarki i publicystki, ur.
też w 1950) „’Rewers’ to perła z mega-utalentowanymi bohaterkami. Śmiałam się
ogromnie, ale niestety byli ze mną Amerykanin i Francuzka mówiący po polsku i
nie bardzo się zachwycili”. Natomiast Barbara Hoff (urodzona w Katowicach co
najmniej kilka lat wcześniej niż ja w Zakopanem, w 1942 roku) stwierdziła:
„’Rewers’ to całkowite nieporozumienie. Źle zagrane, zły scenariusz i
chwilami nudne. Nie wiem dlaczego takie halo.” Z kolei doświadczony
publicysta i krytyk kulturalny „Polityki”, Zdzisław Pietrasik (ur. 1947)
skwitował „Rewers” politycznie poprawnym milczeniem, zauważając tylko, iż
„Młodzi atakują z impetem (czego dowodem ostatni festiwal w Gdyni), lecz
mistrz (Andrzej Wajda ze swym „Tatarakiem”) ciągle w formie. Nagroda w Berlinie
i FIPRESCI za… poszukiwanie nowych dróg dla sztuki
filmowej!”
Na premierze „Rewersu” w Krakowie był obecny jeden z mych kolegów,
który opowiadał mi, że po projekcji filmu na widowni zapanowała cisza, nikt nie
klaskał, ktoś zapytał nawet, obecną na premierze Annę Polony, co ją skłoniło do
wzięcia udziału w realizacji tego dzieła. Mająca lat trochę ponad 70 aktorka nic
na to pytanie nie odpowiedziała, pytanie bowiem było retoryczne, czyli samo
narzucające odpowiedź. Mej młodszej, mającej niezadługo wejść w życie zawodowe generacji, zobowiązany jestem w
tym miejscu przypomnieć, że już sto lat temu, a więc w Polsce jeszcze
kapitalistycznej,czyli
przed-komunistycznej i przed-solidarnościowej, znany był
dwuwiersz:
„Dla pieniędzy ksiądz się
modli,
Dla pieniędzy lud się
podli”
Jak to sprawdziłem w Wikipedii, nazwisko „Polony” jest niewątpliwie
arystokratyczne i w dodatku blisko związane z nazwiskami Zamoyskich. A zatem w
realu lat 2000, w którym monetaryzm z napisem „Wolność” stał się nie
kwestionowanym „Panem Świata”, nie tylko kler oraz lud, ale także (była)
arystokracja zrozumiała, że by (za)istnieć „w świecie”, temu Panu Świata trzeba
służyć, gdyż właśnie na takiej „służbie” polega sens życia w tak zwanej
Globalnej Cywilizacji…
Marek Głogoczowski, fizyk, literat i filozof, w
latach 1968-69 współorganizator przerzutów do Polski, przez Tatry, książek
paryskiej „Kultury”; przez całą dekadę lat 1970 na emigracji publikował, w tejże
giedroyciowej „Kulturze”, swe „antyamerykańskie”
artykuły.
W rozesłanym przeze mnie przedwczoraj tekście „Rewers Rewersu” należy
oczywiście podmienić SB na UB. Mój
błąd wyniknął nie tylko z tego, że wciąż słyszymy w mediach o esbekach, ale i z
mej dość dobrej pamięci wzrokowej. Mianowicie latem 1963 byłem na praktyce
studenckiej w Remontowej Stoczni Gdyńskiej i mając czas, włóczyłem się późnym
popołudniem po Nadbrzeżu Kościuszkowskim. Wtedy podszedł do mnie tajniak,
odchylił klapę marynarki pokazując dość dużą oznakę z napisem SB i zapytał co ja
tutaj, w strefie nadgranicznej z zacumowanymi obcymi statkami robię. Na co ja
wybałuszyłem oczy pytając się go, co te literki na odznace oznaczają. Tajniak
widząc, że ma do czynienia z młodzianem kompletnie „zielonym”, sam się
wylegitymował i był bardzo zadowolony gdy ja z kolei pokazałem mu przepustkę na
teren stoczni. Ponieważ pokazywana na „Rewersie” legitymacja UB-ka miała taki
sam, wydłużony kształt małej książeczki, jak ta, którą widziałem u SB-ka, więc
samo mi się napisało, że „Bronisław” był SB-kiem. Przepraszam.
Polska, jest państwem niezdolnym do zapewniania narodowi
warunków cywilizacyjnego rozwoju, realizowania narodowych interesów,
kultywowania narodowej kultury, umacniania ducha i poczucia wspólnoty. Struktury
państwowe peerelu budowano nie dla obywateli, ale przeciwko nim. I nadal takimi
pozostają, z tą jedyną różnicą, ...że o ile kiedyś zarządzała nimi scentralizowana mafia
pod jednolitym, kremlowskim przywództwem, to po wielkim rozszabrowaniu
upadającego peerelu, jakim była w podstawowym sensie transformacja ustrojowa lat
1986 – 1993, rozmaite fragmenty tej struktury dostały się pod zarząd rozmaitych
koterii, sitw i mafii.
Polska, jaką nam przez ostatnie
dwie dekady zbudowano pod dyktando grup interesu wyrosłych z peerelu −
zdeptanej, spustoszonej przez Stalina z Hitlerem i zbolszewizowanej kolonii −
jest państwem, w którym brak sprawiedliwości stanowi zasadę ustrojową.
...
Polacy o poglądach narodowych nie mają dziś swojej reprezentacji. Zbigniew Lipiński, Myśl Polska 20-27.12.2009
Jędrzej Kitowicz: Opis obyczajów za panowania żydokomuny w Polsce. Rozdział: Obyczaj wskazywania sobie na Polaków palcem w obecności biskupa wprowadziła do tego teatru pierwsza ob. IV. RP Kaczyńska Maryja
Do nikąd czy do zwycięstwa? Pytania o wiarygodność (...) udowodnić, czym PiS tak naprawdę różni się od PO, a zadanie to wcale niełatwe. Teoretycznie partia J. Kaczyńskiego opowiada się za Polską solidarną, a jej główny przeciwnik liberalną. Ale tak naprawdę, co zrobił PiS, by uruchomić politykę społeczną czy choćby socjalną? Zaledwie – i to pod bardzo silnym naciskiem Giertycha – wprowadzono tzw. becikowe. Wypada chyba zgodzić się z jednym z politologów, że „solidarne państwo PiS-u było dla swoich, podobnie jak przepojone miłością państwo PO też jest dla swoich”. Elektorat ugrupowania Kaczyńskiego stanowią w dużej mierze uniosceptycy. Lider i jego akolici bardzo starannie zabiegali o tę część głosujących. Tymczasem Lech Kaczyński nie tylko przegrał batalię o pozycję Polski w Brukseli, ale podpisał Traktat Lizboński, bez mrugnięcia okiem. Przed atakującymi i ponaglającymi go „unitami” lękliwie zasłaniał się oczekiwaniem na wynik ponownego referendum w Irlandii. „To nie my, to oni” – zdawał się mówić prezydent. Zmarnował przy tym dwie kapitalne okazje. Pierwszą stanowił dramatyczny opór prezydenta Czech – Vaclava Klausa, co nasuwało logiczne wyjście – przymierze choćby w tej sprawie. Lecz L. Kaczyński nic w tym kierunku nie uczynił. Zmarnował też drugą – wręcz historyczną okazję – jaką stwarzało orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego RFN w Karlsruhe. Dopóki Sejm nie wprowadzi postanowień na wzór niemiecki, nie podpiszę Traktatu – mógł orzec. Ani Konstytucja, ani żadna ustawa nie określa terminu podpisania ratyfikowanej umowy. Natomiast Pan prezydent jakby nie widział (a może widzieć nie chciał) tej szansy. Złożony już po podpisaniu wniosek części posłów do Trybunału Konstytucyjnego o orzeczenie zgodności Traktatu z Konstytucją stanowi przysłowiową „musztardę po obiedzie”. Toteż całe gadanie PiS-u i prezydenta o patriotyzmie, suwerenności, niepodległości włóżmy między bajki. Taka to i głowa państwa, która jednym podpisem zrzeka się formalnej suwerenności swojego kraju. Trafną uwagę na ten temat wypowiedział inny politolog: „PiS nie miało interesu w poważnym sporze z Platformą Obywatelską o Traktat, zwłaszcza że był on dziełem prezydenta Kaczyńskiego”. I nie należy tu doszukiwać się sprzeczności między braćmi. To sprytna reżyseria, nie na tyle jednak, by jej nie odczytać (...)
Pole do zagospodarowania Od strony ideowej i programowej PiS nie wyczerpuje zapotrzebowania społecznego.
(...) Polacy o poglądach narodowych – wyznawanych świadomie lub nieświadomie – nie mają dziś swojej reprezentacji. Pozostali jednak politycy i działacze (nieskompromitowani wypowiedziami w rodzaju „Dmowskiego bym do LPR nie przyjął” z rozbitych ugrupowań narodowych. To ich prawem, więcej – obowiązkiem jest odbudowanie obozu narodowego. Zadanie to trudne z wielu względów, że wymienię tylko ogromną wrogość, wręcz zoologiczną nienawiść, do tej orientacji zarówno ze strony tzw. lewicy jak i tzw. prawicy, w tym PiS-u. Cóż to jednak za politycy, którzy nie podejmują zadań trudnych. Miejmy nadzieję, że tacy się znajdą, a może już są. Zbigniew Lipiński Nr 51-52 (20-27.12.2009) Mysl Polska
śp. ks. Zdzisław Peszkowski mawiał na ubowców: SIURKI
http://ochaby.blox.pl/2010/03/sp-ks-Zdzislaw-Peszkowski-mial-zwyczaj-uzywania.html